***
– Przestań gadać z trupami, ogarnij się, oddaj matkę do altenhaimu i przyjeżdżaj – Iza była bezlitosna, jak zwykle. Ona nie miała żadnych zobowiązań, powiązań i uwiązań.
Jej starzy zostawili ją dawno temu. Ojciec wyjechał za robotą do Stanów i już tam został, matka wdawała się w kolejne romanse i co rusz zmieniała adres. Izą opiekowała się jakaś ciotka, potem szkoła z internatem, a teraz cały świat. Nie rozumiała mnie, ale znałyśmy się długo, z czasów podstawówki i chyba mnie lubiła. W każdym razie zapraszała do siebie. Dwa razy odwiedziłam ją w Warszawie.
Ale teraz szłam przez nasze małe, beznadziejne miasteczko, w jedynym słusznym celu, czyli kupić Matce szynkę z indyka oraz drożdżówki i rozmyślałam o moim śnie ostatnim.
Płynęłam w głębinach jakichś, aż nagle z dwóch stron pojawiły się wieloryby i przytuliły się do mnie; jakby wzięły mnie w opiekę w tej wodzie i bez słów powiedziały: wszystko będzie dobrze. Po przebudzeniu wiedziałam, że to były wielorybice, pomiędzy ich wielkimi brzuchami czułam się bezpieczna i spokojna. Po prostu płynęłam dalej z nimi, nie pytając po co, dokąd i skąd mam powietrze w tej wodzie głębokiej.
Na jawie nie byłam tak ufna. Kasa ze sprzątania znikała coraz gwałtowniej.
Złe mniemanie o sobie, zagubienie i niewiedzenie co robić rosło odwrotnie proporcjonalnie do zmniejszających się oszczędności.
Strach, że wyląduję w jakimś przypadkowym biurze trzymał za gardło i dusił w piersiach.
Jedyny sposób jaki na niego miałam to palenie trawy, które z kolei coraz bardziej ryła mi beret. Pętla zaciskała się coraz mocniej, a ja nie widziałam wyjścia.
****
Plama na suficie zaczęła brązowieć. Leżałam w łóżku i od godziny wgapiałam się w sufit i obrazki z plamy. Były tam słonie, palmy, urwiska i dziwne stwory.
– Sara, Saruńka, co na obiad robisz?
– Kurwa, nic nie robię właśnie i robić nie chcę – pomyślałam , a do Matki krzyknęłam – Kurczaka piekę.
-Nic nie czuć…
– Ja pierdolę, oszaleję
…- I znowu przeklinasz – Augusto siedział na parapecie i patrzył na mnie zniesmaczony i zawiedziony.
– Odperdolcie się ode mnie wszyscy, kurwa, rodzina zjebów, chrzańcie się, a Ty przestań do mnie gadać.
– Ulala, moja panno, czas ci rozum z tyłka do głowy przegonić
– No , ja wiem , że Ty miałeś takie metody na Matkę, że ją witkami do domu goniłeś, jak po zabawie się spóźniła, weź ty idź się lecz, przemocowcu jeden
– Co Ty wiesz o przemocy dziecinko
– Kurwa, jak ty mnie wkurwiasz gadaniem takim.
– Dobra, zmieńmy temat, fajna plama na suficie no nie? Musisz pójść do sąsiadów i pogadać o kosztach naprawy
– No chyba sobie żartujesz. Ja tam nie pójdę
– A dlaczego?
– Nie znam ich, nawet nie wiem, którzy to. Nie będę łazić do obcych ludzi i o plamę na suficie się wykłócać.
– A czego Ty od razu, Czerepo Mała, zakładasz kłótnię? Po dobroci masz iść.
– Nie mam czasu, muszę spadać do rożna po kurczaka.
****
Wydziwiają te ludzie, ja rozumiem, że geje i lesbijki, ale ta cała reszta to już przesada: chłop z cyckami, albo te co mówią, że oni nie są żadną płcią. A idźcie wy mi – Zofia westchnęła i wyłączyła telewizor. – Albo że papież im nie pasuje, bo pedofilię krył. No bez przesady, może nie o wszystkim wiedział, przecież to od razu widać, że to dobry człowiek jest, a jak godnie umierał, na nic się nie skarżył. Mówiła mi Fabichowa, że podobno ktoś czerwoną farbą oblał naszego Wojtyłkę na rynku. Matko jedyna, mam nadzieję, że to nie Saruśka. Ona niby taka spokojna, ale odkąd do tej Warszawy zaczęła jeździć, to się zmieniła. I już też na papieża wyrzeka. Że to skandal mówi. No matko bosko, co oni się go tak uczepili. A o Saruńkę to się martwię, bo ona taka mrukliwa jakaś, ciągle łazi w spodniach i bluzach, zamiast jak kobieta się ubrać, toć ona chłopa nie znajdzie jak będzie taka nadąsana i bez elegancji żadnej.
A tyle teraz mają tych ubrań za grosz, można by się wystroić każdego dnia inaczej. Żebym ja jeszcze siłę miała, bym se spódnic i bluzek nakupowała i na rynek poszła, do Irki, na cmentarz i do….jezuniu, puka ktoś chyba, a Saruśka, pieron jeden, gdzieś polazła. A niech se puka, co ja tam będę łazić, jeszcze się znowu przewalę. Jaka Sara była zła, jak mnie w tych kwiatach zobaczyła. Biedaczka, miała jechać wtedy na wakacje czy coś. No ale co ja na to mogę? Jezu jak puka, może to Fabichowa? Ale po co? Może się jakoś dokaraskam do drzwi…
Najpierw spuścić nogi z łóżka, potem krzesło trochę przysunąć, o tak, jak się oprę o nie to wstanę i się ściany przytrzymam. Oni mi ten balkonik kupili, ale ja nie chcę, gorzej mi z nim idzie, boje się, że się przewalę. Laski też nie lubię. Ściany są najlepsze. Stoją twardo. Do samiuśkich drzwi mogę dojść przytulona do nich. No i kogo tam diabli niosą?
****
Nie diabli, lecz anieli, co nie tylko przy niedzieli nad nami czuwają.
– Pani, toć ja przepraszam , dopiero co mnie synowa powiedziała, że my mieszkanie wam zalelim. Toć Pani nie wiedziałom, jakbym wiedziałom, tobym szybci przyszła Pani. A Pani tu sama mieszka?
Ruda Baba stała w drzwiach i nawijała, a Zośka początkowo nie wiedziała o co chodzi. Sara nic nie mówiła.
Ale teraz z Rudą Sąsiadeczką krok po kroczku przy ścianie dotarabaniły się do dużego pokoju, w którym rezydowała Sareńka, i Zośka mało z wrażenia na tyłek nie siadła, jak plamę na suficie zobaczyła. Co za wywijasy paskudne. Pani ile to będzie teraz roboty
– Oj nie pani, szwagier przyńdzie, szybko zrobi, będzie jak nowe. A Pani tu sama mieszka? Ładne mieszkanie. My się na górze w trójkę tłoczymy: córcia, wnusia i ja. Ale nie jest źle, czasem tylko się ze łbów kurzy, bo wszystkie Pani takie nerwowe cholery jesteśmy, to po mamusi mojej, a ona jeszcze wcześniej…a Pani siada, Pani tak nie stoi Pani, bo toć Pani padnie mi tu zaraz.
Zośka bardzo chciała usiąść, ale bała się, że jak siądzie, to Ruda obok niej spocznie na chwiłka i będzie nawijać i Zośka nie ucieknie, no bo niby jak. Więc sobie wykoncypowała, że do drzwi grzecznie Sąsiadeczkę odprowadzi.
Nie zawadzi być miłym, ale bez przesady, żeby miała Zośka słuchać tych historii. Gdyby tak ją, Zośkę, ktoś chciał wreszcie wysłuchać, dużo by miała opowieści. Ale wszystkie dokoła tylko gadają, ględzą, kłapią jęzorami, a mało kto słucha. Sarcia nie gada, ale też nie słucha.
Coś tam se kombinuje w tej czarnej główce ze ślipiami czarnymi, jezu jak ona czasem popatrzy, to ja nie wiem czy mam się modlić czy o życie prosić, mała gnida potrafi taka być czasem, no dobra już dobra, już se nie będę nią głowy zaprzątać, duża jest dziewczynka, musi na własne nogi stanąć, ja to bym się nawet ucieszyła jak ona by wyjechała, tylko listy niechby do mnie pisała, paczki przysyłała, dzwoniła, odwiedzała, z mężem i gromadką dzieci, no, może nie gromadką, ale jakąś dwójeczką miłą na przykład.
****
Spać mi się chce – to była nie tylko myśl, ale głębokie czucie całego ciała od stóp do głów. Zakopać się, nie istnieć chociaż przez chwilę.
Oddychaj mówiły wielorybice ze snu.
Oddychałam do brzucha, ale nie pomagało, dalej spać, umierać się chciało.
Ciężko, tak bez ruchu, bez życia, wiary, działania, sensu, celu. Kurwa, chyba mam depresję.
Nie, nie mam, po prostu jestem pierdolnięta i leniwa. I nie umiem kończyć, dokańczać nie umiem. Więc po prostu trzeba wziąć się w garść, ogarnąć, coś zaplanować, przedsięwziąć.
Ale co na przykład? Wyjazd jakiś, przewietrzenie, kości rozprostowanie, zmiana okoliczności przyrody, ludzie jacyś, muzyka jakaś, taniec może.
No ale to się nie uda.
Bo Matka. I kicha.
Weź ty się Sara od tej matki odwal wreszcie, dajże kobicie pożyć, swoim się zajmij, siebie ogarniaj.
Kurwa, ale jak, jak ją tu zostawić?
Normalnie, pod opieką czyjąś.
Ale czyją? I skąd na to kasę?
Zarobić i z mamą pospołu zainwestować w taki projekt.
Pod tytułem Uwolnienie Sary.
Łaziłam tak już od godziny. Polami do starego domu, Amtem do Rynku, koło Straży do Parku, zatrzymałam się przy Adasiu, popatrzyłam na wariatów z pobliskiego ośrodka, krążących po deptaku – co tu robić, co tu robić, gdzie pomocy szukać?
Kurwa, zapomniałam o kurczaku, muszę się wrócić na Rynek.
Dobra, no to może znak jakiś, może do kościoła wejdę.
Lubię w nim wielką kamienną misę przy wejściu bocznym z chłodną wodą, w upalne letnie dni było miło ochłodzić się znakiem krzyża.
Raz nawet widziałm jak ktoś z niej pił i potem sama się napiłam.
Raz widziałam kolesia nie stąd, co sobie do kubeczka wody pobrał, a potem w parku obok umył zęby i se wodą święconą paszczę wypłukał.
W imię ojca i syna i ducha świętego amen.
W imię matki i córki i duchinii świętej amen.
Przyjąłeś samkrament?
Przyjęłłłam.
Aż się wzdęłłłam.
Nie lubię już was. Oszukaliście mnie, wmówiliście mi , że ciało jest grzeszne, jesteście porąbani, poza tym złoto kapie wam zewsząd, brzuchy wam trzeszczą od wińska i mięcha, a coście z dzieciami uczynili lgnącymi do was, to niech wam bóg z boginią fiuty poutrąca i na galery wyśle, co za zboki pieprzone, dobra, nie będę się denerwować , nie moja sprawa.
Ja tu przyszłam Panie Boże Wszechmogący w sprawie takiej, że ja muszę wyjechać, a Matka chora bezradna i mnie wkurwia, przepraszam, denerwuje i potrzebuje opieki. Czy mógłbyś Drogi, Kochany Panie Boże pomóc mi w tej sprawie?
– Pogadaj z Jezusem i jego Matką.
– Z Matką pogadam, to wystarczy.
– Idź po kurczaka bo Mama głodna – rzekła Błękitnoszata. – Spakuj się ładnie i do wyjazdu przygotuj.
– Zajebiście, a jakbyś jeszcze mi powiedziała, gdzie opieki dla Mamy szukać.
– Bardzo Cię proszę, nie przeklinaj, to nie przystoi Damie, takiej jak Ty.
– Fajnie, że sobie ze mnie żartujesz. I tak Cię lubię. To nara.
