Bóg za Szafą – odc.2

W Niebie tłok i gwar.

Nowych gości pełno.

August przedzierał się przez tłum, przysłuchujący się kłótni Buddy i Jezusa.

Chodziło o wyrzucanie kupców ze świątyni.

Budda zarzucał Jezusowi nadmierną nerwowość i brak opanowania namiętności, zwłaszcza gniewu.

Jezus Buddzie zarzucał ucieczkę od rodziny, problemów i leniuchowanie pod drzewem.

Próbował ich pogodzić Ganesha, to jednemu, to drugiemu dmuchając trąbą w ucho lub łaskocząc po brzuchu, ale na niewiele to się zdało. Panowie byli nieco zapalczywi.

Wszędzie to samo, westchnął w duchu August i przyspieszył kroku. Spóźniony już był na partyjkę brydża u starego kumpla. Cały czas martwił się o wnuczkę. Co za narowiste stworzenie. Wszystko na nie. Po kim ona taka zbuntowana? Po Pelaśce chyba.

Ona też od dziecka po swojemu żyła. Ojcu młynarzowi mąkę podkradała, żeby sprzedać na targu i kapelusz sobie kupić. Fakt, że ojciec despota był i awanturnik. Sam jeden jadał w salonie przy wielkim stole. A żona z jedenastką dzieci w kuchni. Nawet nie zauważył jak jednego dziecka zabrakło, bo utopiło się w szambie. Tak zajęty był kasy liczeniem i popijawą z księdzem.

A Pelaśka i tak go wolała od matki. Matka za uległa była dla niej, za łagodna. Cicho w fartuch nos wycierała i racuchy smażyła, zacierkę gotowała, na pole szła pracować jeszcze. że ją zdradza z połową wsi nie śmiała napomknąć.

Więcej ojca Pelaśka szanowała za twardość i spryt, niż matkę doceniała za pracowitość i skromność.

Pelaśka to Pelaśka.

Do Nieba też nie chciała pójść.

Nic ciekawszego nie macie? Ja tu na śmierć się zanudzę.

I gdzieś ją wysłali, nie wiadomo gdzie.

Tęskni za nią August i to jego Czyściec jest w Niebie, takie dwa w jednym. Bo za życia Pelaśki nie słuchał, gazetą się od niej odganiał, milczeniem zbywał, wznoszeniem oczu do nieba jej monologi komentował.

***

Nikt mnie nie słyszy.

Nikt mi nie chce pomóc – skarżyłam się Tacie, zmiatając zeschłe liście z jego grobu.

Milczał, jak zwykle wtedy, gdy był trzeźwy, co wskazywałoby na to, że po śmierci oprzytomniał.

Modliłam się o to, gdy byłam mała.

I wierzyłam, że cud się stanie, bo miłość dziewczynki do ojca jest wielka.

Córka kocha tatę bezgranicznie.

Nawet kiedy on przewraca się na choinkę w Wigilię.

Niby byłam na niego zła, przestraszyłam się i w ogóle było trochę ponuro, ale z drugiej strony to naprawdę niezły ubaw widzieć go w igłach i bombkach z miną nietęgą, zaskoczonego obrotem spraw.

Mimo wszystko ciekawiej niż zazwyczaj. Jakaś odmiana w tej rutynie opłatkowo-rybno-prezentowej.

Prawda jakaś.

Może dlatego kilka tygodni później broniłam go przed jego matką, gdy przyszedł ze złamanym goździkiem na jej urodziny, w sztok zalany, ze mną jako strażą przyboczną.

Gdy zapytała czy on tak często, nie wiedzieć czemu, bo przecież zawsze chciałam, żeby ktoś zapytał, powiedziałam, że nie.

Jakaś solidarność w buncie wobec matki?

Już wtedy?

A jednak

… gdy wracaliśmy do domu,

wepchnęłam go do rowu,

bo się nad nim niebezpiecznie kiwał

i należało mu się.

Zaległ,

ocknął się po chwili

(podczas której bałam się, że go zabiłam, a jednocześnie myślałam: no i dobra, już po wszystkim, nie będziemy się więcej męczyli, ani on, ani my z nim, porządek wreszcie jakiś zapanuje i spokój, a on przecież do nieba pójdzie, gdzie mu będzie lepiej…)

i jął błagać o litość:

– Pomóż mi córeczko wyjść stąd…

A ja na to:

– A leżże sobie tam w dole ty łobuzie jeden.

Ty ojcem jesteś czy łachudrą jakimś?

Ty pijak jesteś! Łazik jakiś taki, truj, robroj i łazęga.

A płyńże ty sobie do tej swojej pijanicy duszy czyścicielki karmicielki ognia i spierdalaj z mojego żywota.

Niech Cię więcej oczy moje nie widzą gnojku Ty jeden,

niedobry ty człeku,

niech serce moje już cię nie kocha,

ty zdrajco ty,

czemu mi to robisz?

– Dziecinko, córeczko, ja nie robię tego tobie, ja sobie to robię, przepraszam.

Tego ostatniego słowa nie powiedział, ale wierzę, że mógłby.

Odwróciłam się, żeby nie patrzeć w jego oczy przerażone, płaczliwe i błagające.

W domu na pytanie Matki, gdzie ojciec, mruknęłam: polazł gdzieś i uciekłam do łóżka.

Zasnęłam jak kamień.

W nocy obudził mnie deszcz, ale tylko na drugi bok się przewróciłam i mocniej zacisnęłam powieki.

Rano pobiegłam do rowu.

Taty tam nie było.

Anieli mu pomogli czy kumple?

A kto pomoże mi?

– Dobry kumpel to podstawa – odezwał się nagle Ojciec. – Nie siedź tutaj, tylko w świat ruszaj.

– Dzięki, zajebista rada, a ty się Matką zajmiesz.

Już więcej się nie odezwał. Zawiał wiatr, przewrócił wazon, woda chlapnęła mi na stopy.

Chciało mi się płakać i krzyczeć, więc cicho zawyłam w sercu.

About Justyna Masella Praszyńska

Terapeutka, matka, edukatorka. Podróżniczka po krainach świadomości...

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *