W Niebie tłok i gwar.
Nowych gości pełno.
August przedzierał się przez tłum, przysłuchujący się kłótni Buddy i Jezusa.
Chodziło o wyrzucanie kupców ze świątyni.
Budda zarzucał Jezusowi nadmierną nerwowość i brak opanowania namiętności, zwłaszcza gniewu.
Jezus Buddzie zarzucał ucieczkę od rodziny, problemów i leniuchowanie pod drzewem.
Próbował ich pogodzić Ganesha, to jednemu, to drugiemu dmuchając trąbą w ucho lub łaskocząc po brzuchu, ale na niewiele to się zdało. Panowie byli nieco zapalczywi.
Wszędzie to samo, westchnął w duchu August i przyspieszył kroku. Spóźniony już był na partyjkę brydża u starego kumpla. Cały czas martwił się o wnuczkę. Co za narowiste stworzenie. Wszystko na nie. Po kim ona taka zbuntowana? Po Pelaśce chyba.
Ona też od dziecka po swojemu żyła. Ojcu młynarzowi mąkę podkradała, żeby sprzedać na targu i kapelusz sobie kupić. Fakt, że ojciec despota był i awanturnik. Sam jeden jadał w salonie przy wielkim stole. A żona z jedenastką dzieci w kuchni. Nawet nie zauważył jak jednego dziecka zabrakło, bo utopiło się w szambie. Tak zajęty był kasy liczeniem i popijawą z księdzem.
A Pelaśka i tak go wolała od matki. Matka za uległa była dla niej, za łagodna. Cicho w fartuch nos wycierała i racuchy smażyła, zacierkę gotowała, na pole szła pracować jeszcze. że ją zdradza z połową wsi nie śmiała napomknąć.
Więcej ojca Pelaśka szanowała za twardość i spryt, niż matkę doceniała za pracowitość i skromność.
Pelaśka to Pelaśka.
Do Nieba też nie chciała pójść.
Nic ciekawszego nie macie? Ja tu na śmierć się zanudzę.
I gdzieś ją wysłali, nie wiadomo gdzie.
Tęskni za nią August i to jego Czyściec jest w Niebie, takie dwa w jednym. Bo za życia Pelaśki nie słuchał, gazetą się od niej odganiał, milczeniem zbywał, wznoszeniem oczu do nieba jej monologi komentował.
***
Nikt mnie nie słyszy.
Nikt mi nie chce pomóc – skarżyłam się Tacie, zmiatając zeschłe liście z jego grobu.
Milczał, jak zwykle wtedy, gdy był trzeźwy, co wskazywałoby na to, że po śmierci oprzytomniał.
Modliłam się o to, gdy byłam mała.
I wierzyłam, że cud się stanie, bo miłość dziewczynki do ojca jest wielka.
Córka kocha tatę bezgranicznie.
Nawet kiedy on przewraca się na choinkę w Wigilię.
Niby byłam na niego zła, przestraszyłam się i w ogóle było trochę ponuro, ale z drugiej strony to naprawdę niezły ubaw widzieć go w igłach i bombkach z miną nietęgą, zaskoczonego obrotem spraw.
Mimo wszystko ciekawiej niż zazwyczaj. Jakaś odmiana w tej rutynie opłatkowo-rybno-prezentowej.
Prawda jakaś.
Może dlatego kilka tygodni później broniłam go przed jego matką, gdy przyszedł ze złamanym goździkiem na jej urodziny, w sztok zalany, ze mną jako strażą przyboczną.
Gdy zapytała czy on tak często, nie wiedzieć czemu, bo przecież zawsze chciałam, żeby ktoś zapytał, powiedziałam, że nie.
Jakaś solidarność w buncie wobec matki?
Już wtedy?
A jednak
… gdy wracaliśmy do domu,
wepchnęłam go do rowu,
bo się nad nim niebezpiecznie kiwał
i należało mu się.
Zaległ,
ocknął się po chwili
(podczas której bałam się, że go zabiłam, a jednocześnie myślałam: no i dobra, już po wszystkim, nie będziemy się więcej męczyli, ani on, ani my z nim, porządek wreszcie jakiś zapanuje i spokój, a on przecież do nieba pójdzie, gdzie mu będzie lepiej…)
i jął błagać o litość:
– Pomóż mi córeczko wyjść stąd…
A ja na to:
– A leżże sobie tam w dole ty łobuzie jeden.
Ty ojcem jesteś czy łachudrą jakimś?
Ty pijak jesteś! Łazik jakiś taki, truj, robroj i łazęga.
A płyńże ty sobie do tej swojej pijanicy duszy czyścicielki karmicielki ognia i spierdalaj z mojego żywota.
Niech Cię więcej oczy moje nie widzą gnojku Ty jeden,
niedobry ty człeku,
niech serce moje już cię nie kocha,
ty zdrajco ty,
czemu mi to robisz?
– Dziecinko, córeczko, ja nie robię tego tobie, ja sobie to robię, przepraszam.
Tego ostatniego słowa nie powiedział, ale wierzę, że mógłby.
Odwróciłam się, żeby nie patrzeć w jego oczy przerażone, płaczliwe i błagające.
W domu na pytanie Matki, gdzie ojciec, mruknęłam: polazł gdzieś i uciekłam do łóżka.
Zasnęłam jak kamień.
W nocy obudził mnie deszcz, ale tylko na drugi bok się przewróciłam i mocniej zacisnęłam powieki.
Rano pobiegłam do rowu.
Taty tam nie było.
Anieli mu pomogli czy kumple?
A kto pomoże mi?
– Dobry kumpel to podstawa – odezwał się nagle Ojciec. – Nie siedź tutaj, tylko w świat ruszaj.
– Dzięki, zajebista rada, a ty się Matką zajmiesz.
Już więcej się nie odezwał. Zawiał wiatr, przewrócił wazon, woda chlapnęła mi na stopy.
Chciało mi się płakać i krzyczeć, więc cicho zawyłam w sercu.
