Rozdział 1
…………………….
Nikomu nie wolno życzyć śmierci
– powiedział Dziadek August.
Łatwo mu było mówić.
Sam już nie żył od pięćdziesięciu lat.
A ja żyłam i musiałam wysłuchiwać monologów Matki.
Na temat tego, że jej się nie chce żyć.
A potem dygałam, biedny żuczek, do apteki.
Po bellergot, apap noc, etopirynę, polocard, carbis, nospa forte, essentiale forte, sotahexal, nasen, duspatalin, furosemid, polpril 10 i milurid.
Aaa w drodze powrotnej koniecznie kup
borówki,
żelki, góralki, kubusia i gofry,
ale nie takie co ostatnio, te niedobre są, te co ci mówiłam kup.
Chciałabym, żeby to był sen. To właściwie jest sen. I ze snu zjawą jest sąsiadka, która dopada mnie w drodze do domu. Co chwila mówi, że musi już iść, ale z każdą minutą coraz głębiej wbija się w beton i gada, gada, gada… A przecież wiadomo o czym. O mężu chorym, na cukrzycę, o lekarzach co nic nie wiedzą, badań nie robią, a mąż pani ma nogi ręce jak mumia.
Czyli jakie myślę i odchodzę, bo mnie Matka przez okno woła. Przynajmniej na coś się przydała.
Dziadek August kiwa zniesmaczony głową i powtarza uparcie jak dziecko:
– Nie wolno nikomu życzyć śmierci, to nieetyczne, niemoralne.
– O co ci chodzi? Ja nikomu nic nie życzę – zasapana wrzucam zakupy do kuchni.
– No nie wiem. A co było wczoraj rano jak długo nie wstawała?
– Co było? Spokój był. Ale pewnie się bellergotów obżarła.
– Jaka ty jesteś niemiła. Przecież to starsza jest pani. Też będziesz leków potrzebowała w jej wieku.
– O nie, nie. Ja tylko poproszę ciasteczka od Babci Mariji Juany i herbatkę od Babci Amanity. To mi wystarczy.
– No widzisz, każdy ma swoją medycynę. I dobrze. Ale ty zawsze musisz być najmądrzejsza. Wszystkie rozumy pozjadała. Twoje najtwojsze jest i koniec.
– Placków bym zjadła ziemniaczanych – zakrzyknęła Matka z pokoju.
– A widzisz – uśmiechnęłam się do Dziadka – ma się całkiem dobrze pani Matka cierpiąca.
Zawsze, kiedy smażę placki ziemniaczane, przypomina mi się Pelaśka, Babcia moja, co z placków o życiu prawiła.
Jajko, które potem do ciasta dodawała, trzymała chwilę dłuższą nad moją głową, coś tam mrucząc po cichu. Z placków na patelni smażonych odczytywała moja historię i ścieżki przeznaczenia. Jeden placek na przeszłość, drugi na teraźniejszość, trzeci na przyszłość. Podróże mi wywróżyła.
No to se kurde jeżdżę.
14 na rynek, 16 do szpitala i 19 na cmentarz.
– Jaka ty jesteś wiecznie niezadowolona – rzecze Dziadek August, przyjaźnie próbując zabrzmieć.
– A tobie o co chodzi? Czegoś mojej matce na studia iść nie pozwolił? Po coś się winkiem uspokajał? Co tam na wojence narozrabiałeś?
– Królestwo moje nie jest z tego świata – odrzekł jak zwykle w takich sytuacjach August, podobno mój Dziadek.
– Moje też nie – ja mu na to. – Ja się tu nie pchałam. Mnie tam w gwiazdach było dobrze, bezpiecznie, spokojnie, bez oczekiwań, bez czasu…
– No tak to nie będziemy rozmawiać – żachnął się Dziadek. – Bo z tego nic dobrego nie wyniknie.
– Jasne, jasne. Wszyscy dookoła mogą gadać, co chcą, a ty siedź cicho mała – miałam już dość gadki Dziadka i postanowiłam go spławić. – Nikomu nie wolno życzyć śmierci. Nikomu. Faszyście też nie. Faszysta też człowiek. Trzeba go zrozumieć. Widocznie jakiś skrzywdzony, pogubiony. Trzeba go kochać i drugi policzek nadstawiać.
– Nie igraj z ogniem moja mała – Dziadek wstał i podszedł do okna. – Za mało wiesz na ten temat.
– Naprawdę? Myślisz, że potrzebuję bombowców i obozów zagłady? Nie! Mi wystarczy, gdy ktoś powie do mojej koleżanki: spierdalaj kurwo, bo cię zajebię, ty suko lewacka, albo czarna, albo żydowska. Już! Stop! Wystarczy. Chętnie otworzę serce, ale co robić, gdy ktoś nadal krzyczy są ludzie lepsi i lepsiejsi, i gorsi i gorsiejsi, a tu nasze jest i tylko nasze, wypierdalać stąd.
– O mój Boże – westchnął Dziadek August. – Czego ty tak przeklinasz dziewczyno? Placki przypalasz. Mama będzie się źle czuła po takich.
– Ja tylko cytuję – powiedziałam, ale on już nie słuchał. Poszedł sobie drań jeden, do Nieba prosto. Mnie zostawił bez odpowiedzi. A tak się wymądrzał skubany. A tak się wymądrzał…
***
Sara, Sareńka, z kim Ty tam gadasz? Patrz, nie słyszy małpa jedna. Albo udaje. Albo gada sama do siebie. To do niej podobne. To jest dziwne dziecko. Wiecznie nadąsane. Wiecznie obrażone. Że ja jej nie kocham raz mi powiedziała. Tak. Żeby ona Pelaśkę znała, toby wiedziała co to znaczy, jak matka nie kocha.
Pelaśka całe życie mi truła, że siostra moja Krysiunia taka ładna, taka mądra, taka zdolna. Tylko, że ona parę miesięcy miała jak zmarła. I Pelaśce coś się we łbie poprzestawiało i już kochać mnie nie umiała. Ścierą przez łeb dała nie raz, nie dwa, a jak na męża próbowałam się skarżyć, to mówiła: widziały gały co brały. I tyle miałam kobiecej opieki, wsparcia i miłości. A ta mała na co narzeka? Że musi matce leki podać? No sama se nie podam.
